Kuba zaczyna się już na lotnisku.
Na Kubę leciałam z Madrytu. Lot trwał około ośmiu godzin, ale przez różnicę czasu zegarek cofał się razem ze mną. To dość dziwne uczucie, lecieć przez pół dnia, przelecieć Atlantyk i wylądować zaledwie kilka godzin później według lokalnego czasu. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że to wrażenie cofnięcia się w czasie zostanie ze mną na Kubie znacznie dłużej.
Pierwsze zderzenie przyszło już na lotnisku w Hawanie. Nie przypominało nowoczesnych terminali, które są znane w Europie. Wszystko wydawało się starsze, kolejki przesuwały się powoli, formalności trwały długo, a ja miałam wrażenie, że Kuba od pierwszych minut działa według własnych zasad i własnego tempa.
Inaczej wyglądało też samo organizowanie pobytu. Na Kubie nie działa Booking.com. Jedną z możliwości jest Airbnb i popularne tutaj casas particulares, czyli pokoje i mieszkania wynajmowane przez Kubańczyków. Ja właśnie tak zamieszkałam, u lokalnej rodziny w Hawanie. Drugą opcją są hotele, szczególnie te większe i droższe, przeznaczone przede wszystkim dla zagranicznych turystów i biznesmenów. Później miałam się przekonać, jak ogromny kontrast potrafi istnieć między takim hotelem a rzeczywistością zaledwie kilka ulic dalej.
Po wyjściu z lotniska zobaczyłam coś, co znałam wcześniej głównie ze zdjęć, stare, ogromne i kolorowe samochody. Różowe, niebieskie, czerwone, z chromowanymi zderzakami i sylwetkami rodem z innej epoki. Tyle że na miejscu szybko przestały wyglądać jak przygotowana dla turystów atrakcja. One naprawdę jeżdżą po kubańskich ulicach i są częścią codzienności. Jednym z takich samochodów później sama wracałam do domu.
Pierwszy przejazd przez Hawanę był właściwie zapowiedzią wszystkiego, co miałam zobaczyć przez kolejne dni: stare amerykańskie auta, rozpadające się fasady, palmy, ludzie siedzący przed domami, pranie wiszące nad ulicami i kolory pojawiające się tam, gdzie najmniej się ich spodziewałam.
Kuba od pierwszych godzin wyglądała tak, jakby zatrzymała się gdzieś pomiędzy epokami. I bardzo szybko miałam się przekonać, że nie chodzi tylko o samochody.

Pierwszy dzień w Hawanie i człowiek, który nie chciał odejść.
Pierwszego dnia wyszłam zobaczyć Hawanę i na ulicy zagadał do nas Kubańczyk. Był sympatyczny, rozmowny, później dołączyła jego dziewczyna i poszliśmy razem na drinki. Wszystko wyglądało jak zwykłe spontaniczne spotkanie z ludźmi poznanymi podczas podróży.
Problem pojawił się przy płaceniu. Okazało się, że oczekują, że zapłacimy również za nich. Nie chcieliśmy, nikt wcześniej nie mówił, że ich zapraszamy, a całe spotkanie wyglądało po prostu jak wspólne wyjście. Mężczyzna zaczął jednak nalegać i robił się coraz bardziej natarczywy. W końcu chodził za nami przez kilka godzin, domagając się pieniędzy.
Próbowaliśmy więc zdobyć gotówkę w banku. Tyle że bank na Kubie nie wyglądał jak miejsce, do którego po prostu wchodzisz, wkładasz kartę do bankomatu i wypłacasz pieniądze. Najpierw była kolejka, później wejście do środka, pracownik zbierający dokumenty i kolejne papiery do wypełnienia. Po całej tej procedurze okazało się, że pieniędzy i tak nie ma.
Wróciliśmy do domu, aby poprosić o pomoc gospodarzy, ale mężczyzna poszedł za nami. Stał pod domem, krzyczał w stronę balkonu i nie chciał odejść. Był to mój pierwszy dzień na Kubie i wtedy naprawdę zaczęłam się bać, bo nie wiedziałam, jak daleko może się to wszystko posunąć.
John, u którego mieszkalismy zaprowadził nas do innego banku, ale tam historia się powtórzyła, również nie było gotówki. Czyli podsumowując potrzebne były pieniędzy, dwa banki nie były w stanie ich wypłacić, a za nami chodził wściekły mężczyzna od kilku godzin.
Ostatecznie wsiedliśmy do tuk-tuka, nadal nie mając nawet czym zapłacić za przejazd i pojechaliśmy do jednego z dużych, luksusowych hoteli. Tam w końcu udało się wymienić pieniądze. Mogliśmy zapłacić za drinki, zakończyć historię z mężczyzną i oddać kierowcy za kurs w obie strony.
Dopiero później gospodarze tłumaczyli mi, że za okradanie czy poważne problemy z zagranicznymi turystami Kubańczykom mogą grozić surowe konsekwencje. Z czasem zaczęłam też lepiej rozumieć, dlaczego część ludzi tak bardzo szuka kontaktu z przyjezdnymi. Ale pierwszego dnia nie miałam jeszcze żadnego kontekstu.
Pierwszego wieczoru Kuba bardziej mnie przestraszyła, niż zachwyciła.

Pieniądze na Kubie nie są takie proste.
Historia z pierwszego wieczoru nauczyła mnie jeszcze jednej rzeczy: podróżując po Kubie, dobrze mieć gotówkę. I to nie dlatego, że w małym sklepie może nie działać terminal. Tutaj cały system pieniędzy jest znacznie bardziej skomplikowany.
Na Kubie funkcjonuje oficjalny kurs peso kubańskiego, ale obok niego istnieje kurs nieformalny, którym posługują się ludzie. Różnica potrafi być ogromna. W praktyce oznacza to, że ta sama kwota euro może mieć zupełnie inną wartość w zależności od tego, gdzie i z kim wymienia się pieniądze. Dla osoby, która dopiero przyleciała i jeszcze próbuje zorientować się, ile właściwie coś kosztuje, jest to początkowo kompletnie dezorientujące.
Drugą opcją były duże hotele nastawione na zagranicznych i zamożniejszych gości. Właśnie taki hotel uratował mnie pierwszego wieczoru. Można było tam wymienić pieniądze znacznie łatwiej, choć niekoniecznie na najkorzystniejszych warunkach.
Podobnie było z internetem. Kupiłam lokalną kartę SIM, więc teoretycznie internet miałam. W praktyce połączenie było na tyle słabe i niestabilne, że nie chciałam od niego uzależniać żadnej ważnej rzeczy. Nagle pobrana wcześniej mapa, zapisany adres czy trochę gotówki schowanej na później przestawały być podróżniczą przezornością, a zaczynały być czymś naprawdę przydatnym.
Na Kubie szybko nauczyłam się jednego: nie zakładaj, że później wyciągniesz telefon i jakoś to ogarniesz.

Dlaczego na Kubie brakuje tak wielu rzeczy?
Żeby zrozumieć, dlaczego na Kubie są puste półki, kolejki, problemy z lekami czy paliwem, trzeba znać trochę jej historii. Jednym z najważniejszych momentów była rewolucja kubańska w 1959 roku, po której władzę przejął Fidel Castro, a kraj zaczął zmierzać w stronę systemu socjalistycznego.
Jedną z najważniejszych postaci rewolucji był również Ernesto „Che” Guevara, argentyński lekarz, który dołączył do kubańskich rewolucjonistów i został jednym z ich dowódców. Po zwycięstwie pełnił ważne funkcje w nowych władzach Kuby. Jego twarz do dziś można zobaczyć na wyspie na muralach, pomnikach i plakatach.
Kuba coraz mocniej zbliżała się do Związku Radzieckiego, a jednocześnie pogarszały się jej stosunki ze Stanami Zjednoczonymi. Na początku lat 60. USA wprowadziły szerokie embargo gospodarcze, które w zmienianej przez lata formie obowiązuje do dziś. Przez kolejne dekady ZSRR był dla Kuby jednym z najważniejszych partnerów i źródeł wsparcia gospodarczego.
Kiedy Związek Radziecki rozpadł się w 1991 roku, Kuba straciła to zaplecze i weszła w tzw. Período Especial, okres ogromnych niedoborów żywności, paliwa i energii. Dzisiejsza sytuacja nie jest jednak skutkiem jednej rzeczy. To połączenie amerykańskich sankcji z problemami wewnętrznymi kubańskiej gospodarki, pandemią, niską produkcją, inflacją, brakiem zagranicznych walut i niewydolnością systemu.
I właśnie tę historię widać dziś na ulicach Kuby. W pustych sklepach, kolejkach po jedzenie, problemach z paliwem i starych samochodach, które kolejne pokolenia Kubańczyków wciąż naprawiają i utrzymują przy życiu.

Hawana poza pocztówką.
Gdybym miała opisać Hawanę jednym obrazem, nie byłby to kolorowy cadillac stojący przed Kapitolem. Byłaby to brudna ulica, z której dochodzi muzyka. To właśnie najmocniej zostało mi w głowie.
Hawana była pełna kontrastów. Mijałam budynki, które wyglądały, jakby za chwilę miały się rozsypać, odpadający tynk i śmieci leżące przy ulicach, a chwilę później zza otwartego okna dochodziła muzyka. Ktoś siedział przed domem, ktoś rozmawiał z sąsiadem, ktoś zaczynał tańczyć. Do tego wszędzie były kolory, samochody, ubrania, ściany budynków.
Mieszkanie u lokalnej rodziny dało mi coś, czego nie dałby mi hotel. Mogłam zobaczyć, jak wygląda zwykła codzienność, a gospodarze tłumaczyli mi rzeczy, które na początku były dla mnie kompletnie niezrozumiałe. Wieczorami siadaliśmy razem przy stole i graliśmy w domino, które Kubańczycy naprawdę uwielbiają. I chyba właśnie takie momenty, rozmowy, wspólny wieczór i zwykłe siedzenie przy stole, pozwoliły mi zobaczyć Kubę trochę bardziej od środka.
Nie chcę przy tym romantyzować biedy ani opowiadać historii o ludziach, którzy „nic nie mają, ale zawsze się uśmiechają”. Problemy, które widziałam, były prawdziwe. Ale równie prawdziwa była energia Hawany.
Na Kubie jedno nie wykluczało drugiego.

Jedzenie na Kubie, czyli kiedy restauracja jest tańsza od sklepu.
Kuba była pierwszym krajem, w którym odkryłam coś kompletnie odwrotnego do mojego zwykłego sposobu podróżowania: często bardziej opłacało mi się zjeść w restauracji niż kupić produkty i przygotować coś samodzielnie.
Wystarczyło wejść do kilku sklepów, żeby zrozumieć dlaczego. Wybór produktów był bardzo ograniczony, niektórych rzeczy nie było wcale, a to, co udało się znaleźć, niekoniecznie było tanie. Dla mnie pustawa półka była czymś zaskakującym. Dla wielu Kubańczyków niedobory są częścią codzienności.
Na wyspie od dziesięcioleci funkcjonuje system racjonowania części podstawowych produktów poprzez libreta de abastecimiento, czyli książeczkę zaopatrzeniową. Do tego dochodzą problemy z dostępnością leków i innych podstawowych rzeczy. Zaczęłam więc lepiej rozumieć, dlaczego ktoś na ulicy potrafił zapytać turystę nie tylko o pieniądze, ale również o lekarstwa czy produkty przywiezione z zagranicy.
Sama jadłam więc głównie poza domem. I jeśli jedno danie miałabym przypisać do wspomnienia Kuby, byłaby to ropa vieja. Jadłam ją naprawdę często. To długo gotowana, rozszarpana wołowina, najczęściej przygotowywana z pomidorami, cebulą i papryką i podawana z ryżem.
Sama nazwa oznacza po hiszpańsku „stare ubrania” i ma nawiązywać do wyglądu rozdzielonych włókien mięsa. Brzmi średnio apetycznie. Smakuje zdecydowanie lepiej, niż się nazywa.

Czy Kuba jest bezpieczna?
Po pierwszym dniu przez jakiś czas reagowałam ostrożnością właściwie na każdego, kto próbował mnie zaczepić. Historia z mężczyzną, który przez kilka godzin nie chciał odejść, zrobiła swoje. Szybko jednak zauważyłam, że nie każda rozmowa na ulicy wygląda tak samo.
Owszem, część osób czegoś chciała. Ktoś próbował coś sprzedać, ktoś pytał o pieniądze, ktoś po kilku minutach rozmowy proponował wymianę waluty albo pytał o leki. Byli ludzie bardzo bezpośredni, czasem natarczywi. Przy takiej sytuacji gospodarczej turysta z Europy jest po prostu osobą, która potencjalnie ma dostęp do pieniędzy i produktów trudniej dostępnych na miejscu.
Ale spotykałam również ludzi, którzy zwyczajnie byli ciekawi. Pytali, skąd jestem, co robię na Kubie i jak wygląda życie w Polsce. Kiedy mówiłam, że jestem Polką, jednym z tematów potrafiła być zima. Innym samochody. Na kubańskich ulicach do dziś można spotkać Fiaty 126p, więc polski maluch okazywał się całkiem niezłym początkiem rozmowy po drugiej stronie Atlantyku.
Z czasem zaczęłam więc oddzielać zwykłą rozmowę od sytuacji, w której ktoś próbuje wykorzystać obecność turysty. Pierwszy dzień nauczył mnie ostrożności, ale kolejne pokazały, że patrzenie na każdego człowieka przez pryzmat tamtego jednego spotkania byłoby po prostu niesprawiedliwe.
Podobnie było z samą Kubą. Poza Hawaną trafiłam na plażę z niesamowicie turkusową, krystaliczną wodą. Dokładnie taką, jakiej spodziewałam się po Karaibach. A niedaleko leżała sterta śmieci. Piękno i zaniedbanie. Sympatyczna rozmowa i próba zdobycia kilku euro. Ostrożność i ciekawość drugiego człowieka.
Kuba właściwie cały czas zmuszała mnie do trzymania w głowie dwóch obrazów jednocześnie.

Zatęskniłam za Kubą dopiero po wyjeździe.
Kuba była jednym z przystanków podczas mojej ponad miesięcznej podróży po Ameryce Łacińskiej. Kiedy przyszedł czas ruszyć do kolejnego kraju, poczułam ulgę. Naprawdę.
Po pierwszym trudnym wieczorze, problemach z gotówką, słabym internecie, pustych sklepach i ciągłym zastanawianiu się, jak działają rzeczy, które gdzie indziej były dla mnie oczywiste, byłam gotowa lecieć dalej. Kuba była intensywna. Nie zawsze łatwa. Momentami męcząca.
Minął jednak tydzień. Potem drugi. I zaczęłam zauważać, że czegoś mi brakuje.
Muzyki dochodzącej z ulicy. Starych samochodów. Domino. Cygar. Ropa vieja. Rozmów z ludźmi. Brakowało mi nawet tego trudnego do opisania chaosu Hawany.
Pierwszego dnia Kuba bardziej mnie przestraszyła, niż zachwyciła. Przy wyjeździe poczułam ulgę. Dopiero później zorientowałam się, że za nią tęsknię.

Do zobaczenia gdzieś poza pocztówką.

Dodaj komentarz