MARDIN, MIASTO ZAWIESZONE NAD MEZOPOTAMIĄ

Mardin czyli Turcja, której się nie spodziewasz.

Mam czasem wrażenie, że Mardin najpierw mi się przyśniło, a dopiero później odkryłam, że naprawdę istnieje.

Nie pamiętam jednego konkretnego snu. Bardziej obraz miejsca, kamiennego miasta gdzieś daleko, zawieszonego wysoko nad ogromną równiną. Kiedy przypadkiem zobaczyłam zdjęcia Mardin, miałam dziwne poczucie, że już gdzieś widziałam to miejsce. I właściwie od razu wiedziałam, że muszę tam pojechać.

Kilka tygodni później podróż była zaplanowana.

Najbardziej zapamiętałam poranki. Mardin zbudowane z charakterystycznego, miodowego kamienia powoli wyłaniało się z mgły, a za ostatnimi zabudowaniami zaczynała się równina Mezopotamii. Wyglądało dokładnie tak, jak je sobie wyobrażałam, trochę jak miasto pomiędzy snem a rzeczywistością.

Turcja, ale zupełnie inna.

Mardin trudno porównać do miejsc, które większość z nas kojarzy z Turcją. Stare miasto wspina się po zboczu wzgórza. Kamienne domy stoją jeden nad drugim, pomiędzy nimi wiją się wąskie uliczki i schody, a wszystko ma niemal ten sam ciepły, miodowy kolor. Ale wystarczy wejść trochę wyżej.

Nagle zabudowa się kończy i przed tobą otwiera się równina Mezopotamii. Ogromna, niemal zupełnie płaska i ciągnąca się aż po horyzont. Patrzenie na nią jest dziwnym uczuciem, kiedy uświadomisz sobie, że patrzysz na część świata, w której rozwijały się jedne z najstarszych cywilizacji w historii człowieka.

A gdzieś dalej jest już Syria. I chyba dopiero z tej perspektywy zaczyna się rozumieć Mardin. To nie jest po prostu kolejne stare miasto w Turcji. Przez wieki spotykały się tutaj różne kultury, języki i religie.

Widać to do dziś. Kurdowie, Arabowie i Syriacy. Muzułmanie i chrześcijanie. Meczet, a kilka ulic dalej kościół. Sklep z lokalnym winem, w którym obok butelek stoją wizerunki Chrystusa i Maryi, a chwilę później nad dachami rozlega się wezwanie do modlitwy.

W Mardin te światy nie wydają się ze sobą konkurować. Po prostu są częścią tego samego miasta.

Sama droga do Mardin jest przygodą.

Turcja jest ogromna, więc Mardin nie jest miejscem, do którego po prostu „wyskakuje się” ze Stambułu na chwilę. Najłatwiej dostać się tutaj samolotem, Mardin ma własne lotnisko i połączenia z większymi tureckimi miastami. Można też połączyć lot z wynajęciem samochodu i część południowo-wschodniej Turcji przejechać drogą. I jeśli macie na to czas, właśnie wtedy zaczyna być widać, jak bardzo zmienia się kraj wraz z kolejnymi kilometrami.

Jeżeli wydaje wam się, że potraficie ruszać samochodem pod górę, Mardin może szybko zweryfikować tę pewność siebie. Stare miasto leży na stromym zboczu. Wąskie drogi prowadzą ostro pod górę, samochody mijają się w miejscach, w których na pierwszy rzut oka nie powinny się zmieścić, a ręczny nagle staje się jednym z najważniejszych elementów wyposażenia auta.Do tego kierowca z papierosem, ktoś zatrzymujący się właściwie na środku ulicy i powszechne przekonanie, że przecież wszyscy jakoś przejadą.

Ręczny. Gaz. Papieros. Jedziemy dalej.

To zdecydowanie jedna z tych dróg, których trudno później nie pamiętać.

Kurdystan. Ale co to właściwie znaczy?

Podróżując po południowo-wschodniej Turcji, prędzej czy później pojawi się słowo Kurdystan.

Nie znajdziecie jednak w Turcji oficjalnego regionu administracyjnego o tej nazwie. Określenia „turecki Kurdystan” czy „północny Kurdystan” odnoszą się do obszarów południowo-wschodniej Turcji historycznie zamieszkanych przez dużą społeczność kurdyjską. Sam temat jest politycznie skomplikowany i zdecydowanie nie da się go uczciwie wyjaśnić w jednym akapicie.

W podróży da się jednak zauważyć, że wjeżdża się w region o bardzo silnej kurdyjskiej tożsamości. Na trasach można natrafić na checkpointy i kontrole, a obok tureckiego usłyszeć również kurdyjski i arabski.

Dla mnie najciekawsze było jednak to, że przyjechałam tutaj akurat w marcu.

I zupełnym przypadkiem trafiłam na Newroz.

Newroz. Kiedy przyjechałam w 2026, a tutaj świętowano 2726.

Przyjechałam do Mardin w marcu 2026 roku. Tymczasem wokół mnie trwały przygotowania do świętowania Newroz, a wraz z nim pojawiał się rok 2726.

I nie, to nie jest po prostu „kurdyjski Sylwester”.

Newroz jest świętem nadejścia wiosny i nowego roku o bardzo starych korzeniach, obchodzonym przez różne społeczności regionu. Dla Kurdów ma również szczególne znaczenie kulturowe i tożsamościowe.

Na ulicach pojawiali się ludzie, muzyka, taniec i fajerwerki. Jednym z najbardziej charakterystycznych symboli święta jest ogień.

Dla mnie było to zupełnie przypadkowe spotkanie z czymś, czego nie planowałam zobaczyć. Przyjechałam do Mardin dla miasta, a trafiłam również na jeden z tych momentów, kiedy podróż pokazuje znacznie więcej, niż było zapisane w planie.

I chyba właśnie takie przypadki pamięta się później najlepiej.

Syria jest bliżej, niż się wydaje.

Syria w Mardin nie jest abstrakcyjnym miejscem gdzieś daleko na mapie. Granica znajduje się zaskakująco blisko, a im dalej jedzie się na południe, tym bardziej staje się to odczuwalne. Ale bliskość Syrii nie oznacza tylko przejścia granicznego czy sytuacji politycznej.

Granice państw są znacznie młodsze niż kultury, które żyją po obu ich stronach.

W Mardin widać wpływy całego regionu w jedzeniu, językach, religii i produktach sprzedawanych w niewielkich sklepach. Jednym z takich drobiazgów, który szczególnie zapamiętałam, były mydła z Aleppo, miasta po drugiej stronie dzisiejszej granicy, od wieków słynącego z tradycji ich wytwarzania. To mały szczegół, ale dobrze pokazuje Mardin.

Państwa można oddzielić linią na mapie. Kulturę znacznie trudniej.

Mardin na własną rękę. I najlepiej trochę poza przewodnikiem.

Mardin zdecydowanie jest miejscem, które można odkrywać na własną rękę. I chyba właśnie tutaj nie próbowałabym planować każdej godziny. Warto wejść w ulicę, której nie było na mapie, usiąść na herbatę, zajrzeć do niewielkiego sklepu, spróbować lokalnego jedzenia i czasem po prostu zobaczyć, gdzie pójdą ludzie mieszkający tutaj na co dzień.

Jeśli planujecie Turcję na własną rękę albo podróż bez biura podróży, południowy wschód pokazuje zupełnie inne oblicze kraju niż popularne kurorty czy nawet Stambuł.

Ja byłam w Mardin w marcu 2026 roku i na miejscu czułam się bezpiecznie. To oczywiście moje doświadczenie z konkretnego momentu, w regionie położonym tak blisko granicy sytuacja może się zmieniać, dlatego każdy powinien podejmować decyzję o podróży sam.

Na miejscu warto mieć przy sobie trochę gotówki, wygodne buty i przede wszystkim czas. Stare Mardin najlepiej poznaje się pieszo, a strome uliczki i niezliczone schody szybko sprawiają, że plan „zobaczę wszystko jednego dnia” przestaje mieć większy sens.

Miasto, które naprawdę istniało.

Przyjechałam do Mardin, bo kiedyś zobaczyłam zdjęcie miasta, które wyglądało jak miejsce z mojego snu.

I rzeczywiście znalazłam miodowy kamień, poranną mgłę i Mezopotamię ciągnącą się aż po horyzont. Ale ostatecznie najbardziej zapamiętałam wszystko to, czego na tamtym zdjęciu nie było.

Ludzi, języki, świętowanie Newroz, miejsca znalezione przypadkiem i historie, których wcześniej o tej części Turcji nie znałam.

Mardin naprawdę istniało. Tylko okazało się znacznie ciekawsze niż to, które wcześniej sobie wyobraziłam.

Do zobaczenia gdzieś poza pocztówką.

Komentarze

2 odpowiedzi na “MARDIN, MIASTO ZAWIESZONE NAD MEZOPOTAMIĄ”

  1. Awatar Grażyna Górak
    Grażyna Górak

    Świetna opowieść o Turcji mało znanej. Gratuluję ciekawej, nieoczywistej relacji z podróży!👍

    Polubienie

    1. Awatar Kassandra Koziorowicz

      Cieszę się, że się, że spodobała Ci się ta relacja! Będzie tutaj więcej nieoczywistych kierunków!🥳

      Polubienie

Dodaj komentarz