KAZACHSTAN, GDZIE ZA KAŻDYM ZAKRĘTEM ZMIENIAŁ SIĘ KRAJOBRAZ

Kazachstan zaczął się od drogi.

Do Kazachstanu przyleciałam z Gruzji. Wylądowałam w Ałmatach i właściwie nie zdążyłam jeszcze poczuć, że jestem w nowym kraju, a kilka godzin później siedziałam już w busie jadącym w stronę gór. Nie było spokojnego pierwszego dnia ani długiego spaceru po mieście. Kazachstan zaczął się dla mnie od drogi.

I bardzo szybko okazało się, że będzie to jedna z najbardziej różnorodnych dróg podczas tej podróży. Za oknem pojawiały się ogromne góry, później rozległe stepy, stada koni i przestrzeń, która wydawała się nie mieć końca. Co jakiś czas zasypiałam w busie, a kiedy otwierałam oczy, krajobraz wyglądał już zupełnie inaczej.

Kazachstan jest ogromny, a ja podczas tej podróży zobaczyłam, głównie Ałmaty i południowo-wschodnie okolice kraju. Jeśli zastanawiasz się, jak wygląda podróż po Kazachstanie na własną rękę i co zobaczyć w okolicach Ałmatów, to ta część kraju daje naprawdę dużo możliwości. Kanion, stepy, górskie jeziora, jurty i jedno z najciekawszych miast Azji Środkowej znalazły się na jednej trasie.

Wystarczyło zamknąć oczy na pół godziny, żeby obudzić się w innym krajobrazie.

Kanion Szaryński i stepy bez końca.

Jednym z pierwszych przystanków był Kanion Szaryński, czyli Charyn Canyon. Gdy zobaczyłam go po raz pierwszy, pomyślałam o krajobrazach, które znałam ze zdjęć ze Stanów Zjednoczonych. Ogromne skalne ściany, suche doliny i formacje ciągnące się daleko przed nami. Tylko, że byłam w Kazachstanie.

Po tej części kraju porusza się między innymi marszrutkami, czyli busami charakterystycznymi dla krajów byłego Związku Radzieckiego. Często stare, trzęsące i dalekie od komfortu, szybko stały się dla mnie częścią samej podróży po Kazachstanie. To właśnie z ich okien oglądałam kilometry stepu, góry pojawiające się na horyzoncie, zwierzęta i stada koni poruszające się po ogromnych otwartych przestrzeniach.

Momentami za oknem nie było właściwie niczego poza drogą i krajobrazem. W Europie jestem przyzwyczajona, że za chwilę pojawi się kolejne miasto, wieś albo stacja benzynowa. Tutaj można było jechać długo, a step po prostu ciągnął się dalej.

Dopiero tam zaczęłam rozumieć, co właściwie oznacza ogrom Kazachstanu.

Obiad u kazachskiej rodziny.

Po drodze zostałam wraz z innymi podróżnikami z autobusu zaproszona na obiad do kazachskiej rodziny. Nie do restauracji ani miejsca przygotowanego dla turystów, tylko po prostu do czyjegoś domu. I właśnie wtedy po raz pierwszy zobaczyłam gościnność, która później stała się jednym z moich najmocniejszych skojarzeń z Kazachstanem.

Na stole pojawiło się dużo jedzenia, między innymi konina, która jest ważnym elementem tradycyjnej kazachskiej kuchni. Zaskoczył mnie też sposób podawania posiłku. Wszystko było już pokrojone, a na stole nie było noży. Dla gospodarzy było to czymś normalnym, dla mnie jednym z tych małych szczegółów, dzięki którym najlepiej zauważam różnice między miejscami.

Najbardziej nie została mi jednak w pamięci sama konina. Bardziej to, że byliśmy obcymi ludźmi w podróży, a ktoś po prostu otworzył przed nami swój dom, przygotował jedzenie i zrobił dla nas miejsce przy stole.

Kazachską gościnność poznałam, zanim zdążyłam dobrze poznać sam Kazachstan.

Jezioro Kolsai i nocleg w jurcie.

Po suchych stepach i Kanionie Szaryńskim krajobraz po raz kolejny całkowicie się zmienił. Dotarłam nad jezioro Kolsai, górskie jezioro otoczone lasami i wysokimi zboczami. Spędziłam tam wieczór, pływając po wodzie rowerkiem wodnym. Jeszcze niedawno patrzyłam na suchy kanion, a teraz byłam na spokojnym jeziorze pośród gór.

Na noc trzeba było znaleźć miejsce w okolicy. Trafiłam do niewielkiej górskiej wioski, gdzie obok jurt gospodarzy stały kolejne przygotowane dla gości. I tak jednym z doświadczeń tej podróży zupełnie naturalnie stał się nocleg w jurcie w Kazachstanie.

Kazachstan jest krajem, w którym większość mieszkańców identyfikuje się z islamem, choć religia przeplata się tutaj z lokalnymi tradycjami, koczowniczą przeszłością i dziedzictwem czasów radzieckich. W miejscu, w którym nocowałam kobiety i mężczyźni spali osobno. Dlatego swoją jurtę dzieliłam z Amerykanką i Filipinką poznanymi podczas podróży.

Najbardziej zapamiętałam jednak poranek. Obudziły mnie dzwonki owiec i odgłosy zwierząt. Wokół kręciły się psy, które żyły dużo swobodniej i wydawały się mniej przyzwyczajone do ludzi niż te, które znałam z europejskich miast.

Wyszłam z jurty, zobaczyłam góry dookoła i przez chwilę musiałam sobie przypomnieć, gdzie właściwie jestem.

Jezioro Kaindy i hardkorowa droga do zatopionego lasu.

Jezioro Kaindy jest jednym z najbardziej niezwykłych miejsc, jakie widziałam w Kazachstanie. Z wody wystają nagie pnie świerków, pozostałość lasu, który znalazł się pod wodą po trzęsieniu ziemi i osuwisku na początku XX wieku. Powstała naturalna tama, woda zalała fragment doliny, a część drzew została pod jej powierzchnią. Wygląda to trochę tak, jakby las wyrastał prosto ze środka jeziora.

Tyle że zanim zobaczyłam Kaindy, musiałam jeszcze tam dotrzeć. I to właśnie droga do jeziora została mi w pamięci prawie tak mocno jak samo miejsce.

Do Kaindy ruszyłam starą marszrutką, która już na początku nie wzbudzała wielkiego zaufania. Droga przez góry szybko przestała przypominać drogę. Dziury, kamienie, błoto i ogromne kałuże sprawiały, że pojazd podskakiwał i trząsł się na wszystkie strony. Momentami marszrutka po prostu wjeżdżała w wodę i przedzierała się na drugą stronę.

Kilka razy zgasła. Siedziałam wtedy i czekałam, aż uda się ją ponownie uruchomić, po czym ruszałam dalej. Za oknem biegały konie, dookoła były góry, a stara marszrutka przedzierała się przez kolejne dziury, kamienie, błoto i wodę. Momentami naprawdę zastanawiałam się, jakim cudem ten pojazd jeszcze się nie rozpadł.

Kiedy wreszcie wysiadłam, okazało się, że nadal nie jestem na miejscu. Do jeziora trzeba było jeszcze podejść pieszo pod górę. Dopiero po całej tej przeprawie zobaczyłam Kaindy, spokojną taflę wody i wystające z niej pnie zatopionych drzew.

Droga była głośna, trzęsąca i momentami naprawdę hardkorowa. Kaindy było dokładnym przeciwieństwem, ciche i niemal nieruchome.

Kazachstan na styku różnych historii.

Im dłużej podróżowałam po Kazachstanie, tym bardziej zauważałam, ile różnych historii spotyka się w jednym kraju. Kazachstan leży w Azji Środkowej i przez wieki związany był z koczowniczymi ludami stepu oraz szlakami prowadzącymi między różnymi częściami kontynentu. Później coraz silniejsze stały się wpływy Imperium Rosyjskiego, a następnie Kazachstan znalazł się w granicach Związku Radzieckiego.

XX wiek pozostawił tutaj szczególnie mocny ślad. Radziecka kolektywizacja i przymusowe zmiany tradycyjnego sposobu życia doprowadziły na początku lat 30. do katastrofalnego głodu. Do Kazachstanu przymusowo przesiedlano również całe grupy ludności z innych części ZSRR. Wśród deportowanych byli także Polacy, najpierw w latach 30., a później podczas II wojny światowej. Część z nich pozostała tutaj na stałe, dlatego do dziś w Kazachstanie żyje polska mniejszość. Później wielu mieszkańców Kazachstanu walczyło podczas II wojny światowej, dlatego pamięć o wojnie nadal jest obecna w pomnikach i przestrzeni miast.

Kazachstan uzyskał niepodległość w 1991 roku, ale ślady poprzednich epok nie zniknęły. Rosyjski nadal jest powszechnie używany, w miastach widać radziecką architekturę, a obok niej kazachski język, islam, tradycje związane ze stepem oraz współczesną kazachską tożsamość i pamięć narodową.

Ta wielowarstwowość zaczęła być dla mnie jeszcze bardziej widoczna, kiedy wróciłam do Ałmatów. Historia Kazachstanu nie została zamknięta w muzeach, jej kolejne warstwy nadal widać w codziennym życiu.

Ałmaty, miasto jabłek, przypraw i herbaty.

Po kilku dniach spędzonych w drodze wróciłam do Ałmatów i dopiero wtedy miałam czas naprawdę przyjrzeć się miastu. Ałmaty leżą u podnóża gór Tienszan, więc ponad miejską zabudową pojawiają się potężne górskie szczyty. Miasto zapamiętałam jako bardzo czyste, zielone i pełne życia. Po stepach, jurtach i górskich drogach było kolejną kompletną zmianą scenerii.

To właśnie tutaj jeszcze mocniej poczułam kulturę Azji Środkowej. Pamiętam zapach przypraw, mnóstwo jedzenia i ogromny wybór herbat. Liście, kwiaty, różne mieszanki, a nawet herbaty, które po zalaniu gorącą wodą powoli rozwijały się w szklance. Nie chodziło o jedną konkretną herbatę, tylko o całą kulturę jej picia, która była znacząco widoczna.

Bardzo dobrze wspominam również jedzenie, dużo przypraw, intensywne smaki i rzeczy, których wcześniej nie znałam. Ałmaty są rzystępne cenowo, a ludzie otwarci i pomocni. Jeśli ktoś zastanawia się, co zobaczyć w Ałmatach, nie traktowałabym miasta wyłącznie jako punktu wypadowego do Kanionu Szaryńskiego, Kolsai czy Kaindy. Same Ałmaty zasługują na czas.

Ciekawe jest również to, jak bardzo miasto zmieniło się w ostatnich dekadach. Kiedy patrzyłam na starsze fotografie Ałmaty i porównywałam je z tym, co widziałam wokół siebie, różnica była ogromna. Dzisiejsze miasto jest pełne nowej zabudowy, apartamentowców, biurowców i wieżowców, a jego skala pokazuje, jak szybko rozwijała się największa metropolia Kazachstanu.

Jednocześnie historia nie zniknęła pod nowymi budynkami. Ałmaty przez dziesięciolecia były stolicą Kazachstanu, a po uzyskaniu niepodległości pozostały nią do 1997 roku. Nadal widać tu radziecką architekturę i miejsca związane z pamięcią historyczną, również z II wojną światową. Obok nich stoją współczesne restauracje, kawiarnie i nowoczesne budynki.

I są jeszcze jabłka. Okolice Ałmaty są jednym z ważnych miejsc w historii współczesnych jabłoni. Naturalnie występuje tutaj Malus sieversii, dziki przodek wielu odmian jabłek, które znamy dzisiaj, a sama nazwa Ałmaty również jest związana z jabłkami.

Ałmaty zapamiętałam jako miasto wielu warstw, przypraw i herbaty, historii i nowoczesnych wieżowców, a nad tym wszystkim gór, które cały czas były gdzieś w tle.

Kazachstan najlepiej zapamiętałam w drodze.

W Kazachstanie bardzo szybko przestało chodzić tylko o miejsca, do których chciałam dotrzeć. Dużą częścią tej podróży stali się ludzie poznawani po drodze. W marszrutkach, w górach czy podczas kolejnych przystanków spotykałam osoby z różnych stron świata, a z niektórymi mam kontakt do dzisiaj. Do tego doszła gościnność mieszkańców i obiad w domu kazachskiej rodziny, sytuacje, których nie da się wcześniej wpisać w plan.

Podobało mi się też to, że nie czułam tutaj masowej turystyki, do której przyzwyczają nas popularniejsze kierunki. Spotykałam raczej ludzi, którzy przyjechali do Kazachstanu, bo naprawdę chcieli go zobaczyć i byli gotowi spędzić wiele godzin w drodze, żeby dotrzeć do kolejnego miejsca. Dzięki temu podróż po Kazachstanie na własną rękę miała zupełnie inny rytm.

I właśnie droga została mi w pamięci najmocniej. Nie zawsze była wygodna, czasami oznaczała starą marszrutkę, dziury, błoto albo wiele godzin patrzenia przez okno. Ale wystarczyło zasnąć na chwilę, żeby po przebudzeniu zobaczyć zupełnie inną scenerię.

Zobaczyłam część południowo-wschodniego Kazachstanu i właśnie dlatego nie próbuję zamykać całego kraju w kilku zdaniach. Zostało mi za to poczucie jego ogromu, gościnność ludzi i ciągła zmiana krajobrazu, której nie pamiętam z wielu innych podróży.

Kazachstan najbardziej zapamiętałam właśnie tak, gdzieś pomiędzy jednym miejscem a drugim, z twarzą przyklejoną do szyby marszrutki i kolejnym krajobrazem pojawiającym się za oknem.

Do zobaczenia gdzieś poza pocztówką.

Komentarze

Dodaj komentarz