SALWADOR, DO KTÓREGO MIAŁAM NIE TRAFIĆ

Do Salwadoru miałam nigdy nie trafić.

Salwador nie był częścią planu. Pojawił się na mapie tej podróży tylko dlatego, że pierwszy plan przestał działać, zanim podróż na dobre się zaczęła.

To miała być podróż po Ameryce Łacińskiej, a jednym z jej przystanków była Kuba. Pobyt na wyspie skomplikował jednak dalszą trasę przez Stany Zjednoczone. Po wizycie na Kubie nie mogłam skorzystać z ruchu bezwizowego i potrzebowałam amerykańskiej wizy, której ostatecznie nie dostałam.

Zaczęło się więc szukanie alternatywy. Trasy, która pozwoli ominąć Stany i kontynuować podróż. I gdzieś pomiędzy kolejnymi połączeniami pojawił się Salwador.

Wiedziałam o nim niewiele. Kiedy zaczęłam szukać informacji o podróży do Salwadoru, znacznie łatwiej było znaleźć historie o gangach i przemocy niż odpowiedzi na proste pytania: jak wygląda podróżowanie po kraju, co właściwie można tam zobaczyć i czego spodziewać się na miejscu?

We wrześniu 2024 roku miałam się o tym przekonać.

Kraj, który próbuje zacząć od nowa.

Żeby zrozumieć dzisiejszy Salwador, trudno pominąć jego historię związaną z gangami. Przez lata MS-13 i Barrio 18 miały ogromny wpływ na życie w kraju, a Salwador należał do państw o wyjątkowo wysokim poziomie przemocy.

Punktem zwrotnym był marzec 2022 roku, kiedy po gwałtownej fali zabójstw wprowadzono stan wyjątkowy. Rozpoczęły się masowe zatrzymania osób podejrzewanych o związki z gangami. Oficjalne wskaźniki zabójstw później gwałtownie spadły, ale sposób prowadzenia tej walki wzbudził również poważne kontrowersje. Organizacje praw człowieka informowały między innymi o arbitralnych zatrzymaniach i innych nadużyciach.

Kiedy przyjechałam do Salwadoru we wrześniu 2024 roku, stan wyjątkowy nadal obowiązywał.

Dlatego trudno odpowiedzieć jednym zdaniem na pytanie: czy Salwador jest bezpieczny? Mogę przede wszystkim opowiedzieć o kraju, który sama zobaczyłam w bardzo konkretnym momencie jego historii.

Miałam wrażenie, że trafiłam do Salwadoru znajdującego się gdzieś pomiędzy dwiema rzeczywistościami. Przeszłość wciąż była widoczna, ale jednocześnie kraj coraz wyraźniej próbował otworzyć się na turystykę i pokazać światu zupełnie inną twarz.

Jakby chciał zacząć opowiadać o sobie od nowa, zanim poprzednia historia zdążyła zupełnie zniknąć.

Droga się skończyła. Samochód został.

Podróż samochodem po Salwadorze miała dać przede wszystkim swobodę. Nie spodziewałam się tylko, że nawigacja zaprowadzi nas na drogę, która w pewnym momencie właściwie przestanie istnieć.

Im dalej jechaliśmy, tym było gorzej. W końcu samochód utknął. Było już ciemno, dookoła dżungla, a ja zaczęłam się zastanawiać, czy nie zostaniemy tam na noc i czy auto w ogóle wyjedzie stamtąd w jednym kawałku.

Wtedy zauważyli nas ludzie mieszkający w okolicy. Dwóch mężczyzn i ich córki, może ośmio i dziesięcioletnie. Przyszli z łopatami i po prostu zaczęli nam pomagać.

Porozumiewaliśmy się trochę na migi, trochę pojedynczymi słowami po hiszpańsku i angielsku. Przez prawie cztery godziny kopaliśmy, zasypywaliśmy dziury kamieniami, układaliśmy gałęzie i liście i pchaliśmy samochód kawałek po kawałku.

Najbardziej zapamiętałam dziewczynki. Doskonale wiedziały, co robić, jakby podobne sytuacje nie były dla nich niczym niezwykłym. Następnego dnia normalnie miały wstać do szkoły, do której chodziły właśnie przez tę dżunglę. Ich ojcowie rano szli do pracy.

W końcu udało nam się wyjechać. Daliśmy im pieniądze za pomoc, ale mam wrażenie, że jeszcze większą radość sprawiły im pocztówki z Polski, które zawsze zabieram ze sobą w dalsze podróże.

Gdyby nie oni, naprawdę nie wiem, jak skończyłaby się tamta noc.

Salwador na własną rękę – jak wygląda podróżowanie po kraju?

Salwador na własną rękę może brzmieć jak dość egzotyczny pomysł, szczególnie że w polskim internecie wciąż nie ma o tym kraju zbyt wielu informacji. Na miejscu okazało się jednak, że samo podróżowanie jest znacznie prostsze, niż początkowo się spodziewałam.

Najłatwiej dostać się do Salwadoru samolotem, a kraj można też połączyć w jedną większą podróż z innymi państwami Ameryki Środkowej. Na miejscu warto zdecydować się na samochód i mimo naszej nocnej przygody w dżungli nadal uważam, że był to świetny wybór.

Salwador jest niewielki, więc na mapie niemal wszystko wydaje się blisko. W praktyce warto zostawić sobie trochę zapasu. Główne drogi potrafią być naprawdę dobre, ale wystarczy zjechać na lokalną trasę, żeby asfalt zniknął, pojawiły się dziury, a nawigacja zaczęła proponować rozwiązania, których lepiej nie sprawdzać na własnej skórze.

Czy warto jechać do Salwadoru? Jeśli lubicie miejsca, w których turystyka nie zdążyła jeszcze wszystkiego wygładzić, zdecydowanie tak. Trzeba tylko zaakceptować, że nie wszystko będzie przewidywalne, a czasem sama droga okaże się większą przygodą niż miejsce, do którego prowadzi.

Dwie twarze jednego kraju.

Najciekawszy Salwador zaczynał się dla mnie często właśnie tam, gdzie nie było żadnej atrakcji do odhaczenia.

W małych miejscowościach, przy lokalnych drogach, pomiędzy prostymi domami i niewielkimi sklepikami. W miejscach trochę chaotycznych, czasem zaniedbanych, pełnych bezpańskich psów i zwyczajnego życia, które toczyło się kompletnie niezależnie od tego, czy pojawił się tam jakiś turysta. I właśnie tam najmocniej było widać kontrasty.

Jednego dnia obcy ludzie przez cztery godziny pomagali nam wydostać samochód z dżungli. Innym razem podeszło do mnie dziecko i próbowało sprzedać mi marihuanę, podczas gdy kilka metrów dalej stał dorosły i obserwował całą sytuację. Pamiętam też samochody z naklejką przedstawiającą przekreślony pistolet, mały szczegół, który w innym miejscu pewnie nie zwróciłby mojej uwagi.

Obok biedniejszych, zaniedbanych miejsc zaczynały pojawiać się nowe punkty skierowane do turystów. Miałam wrażenie, że kraj zmienia się niemal na moich oczach, tylko nie wszędzie w tym samym tempie.

I chyba właśnie Salwador poza turystycznym szlakiem zapamiętałam najmocniej. Nie był wygładzony ani przygotowany do zdjęcia. Był czasem piękny, czasem trudny, momentami dziwny i nieprzewidywalny.

Ale właśnie dlatego tak bardzo chciało się zobaczyć, co będzie za następnym zakrętem.

Wulkany, dżungla i Pacyfik.

Najmniej byłam przygotowana na to, jak piękny i dziki jest Salwador. Przed podróżą znacznie więcej czytałam o gangach, bezpieczeństwie i polityce niż o tym, co właściwie zobaczę na miejscu.

A Salwador jest niesamowicie zielony. Są tu wulkany wyrastające ponad krajobrazem, tropikalna roślinność, dżungla i wybrzeże Pacyfiku. Czasem wystarczy przejechać kilkadziesiąt kilometrów, żeby znaleźć się w zupełnie innym otoczeniu. Zieleń wchodzi niemal na drogę, palmy pojawiają się pomiędzy domami, a natura wygląda tak, jakby cały czas próbowała odzyskać dla siebie każdy wolny kawałek przestrzeni.

Najbardziej podobało mi się właśnie to, że wiele miejsc nie sprawiało wrażenia przygotowanych specjalnie dla turystów. Nie wszystko było uporządkowane, opisane i oznaczone na mapie. Czasami po prostu jechałam i zatrzymywałam się dlatego, że krajobraz za oknem był zbyt piękny, żeby minąć go bez słowa.

I ten obraz Salwadoru zupełnie nie pasował do tego, który miałam w głowie przed przyjazdem. Bo kiedy szukałam informacji o kraju, wszędzie pojawiały się gangi, więzienia i bezpieczeństwo. Na miejscu coraz częściej myślałam:

„Dlaczego tak mało mówi się o naturze Salwadoru?„

Pies, który mnie wybrał.

Jest jeszcze jedna rzecz, której nie potrafię oddzielić od wspomnień z Salwadoru, bezpańskie psy. Było ich naprawdę dużo. Na ulicach, przy drogach, pomiędzy domami. Po pewnym czasie zaczyna się je zauważać niemal wszędzie.

I właśnie wtedy pojawiła się ona.

Podeszła do mnie sama. Zaczęłam ją dokarmiać, głaskać i zajmować się nim przez czas, który tam spędzałam. Początkowo myślałam, że to po prostu jedno z tych krótkich spotkań, które zdarzają się w podróży i kończą się w momencie, kiedy człowiek odchodzi.

Potrafiła pojawić się w miejscu, w którym akurat byłam, czekać i później biec za mną. Z każdym kolejnym dniem coraz trudniej było traktować ją jak kolejnego bezpańskiego psa spotkanego podczas podróży.

Próbowałam znaleźć dla niej dom albo chociaż bezpieczne miejsce. Kontaktowałam się ze schroniskami i lokalnymi organizacjami zajmującymi się zwierzętami, ale wszędzie problem był podobny, nie było miejsc. Liczba zwierząt potrzebujących pomocy była po prostu większa niż możliwości tych, którzy próbowali im pomagać.

Do dzisiaj czasem zastanawiam się, co się z nią stało.

Kraj, do którego miałam nie trafić.

Gdybym dostała wizę i wszystko potoczyło się zgodnie z pierwotnym planem, Salwador prawdopodobnie pozostałby dla mnie tylko jednym z niewielkich krajów Ameryki Środkowej, o których wiedziałam zdecydowanie za mało.

Tymczasem zobaczyłam miejsce pełne kontrastów. Dziki, niesamowicie zielony kraj, który wciąż nosi ślady trudnej przeszłości, a jednocześnie bardzo szybko się zmienia. Były wulkany i dżungla, małe miejscowości, drogi, które nie zawsze okazywały się drogami, przypadkowe spotkania i sytuacje, których nie dałoby się wcześniej zaplanować.

Nie wyjechałam z Salwadoru z poczuciem, że już go rozumiem. Chyba nawet przeciwnie, im więcej zobaczyłam, tym mniej pasował do prostego obrazu kraju, który miałam przed przyjazdem.

I może właśnie to zostało ze mną najmocniej. Salwador okazał się jednocześnie piękny i trudny, dziki i zmieniający się, pełen miejsc i historii, których zupełnie się nie spodziewałam.

Nie wiem, czy kiedykolwiek wybrałabym go sama. Dzisiaj wiem, że bardzo bym żałowała, gdybym go nie zobaczyła.

Do zobaczenia gdzieś poza pocztówką.

Komentarze

2 odpowiedzi na “SALWADOR, DO KTÓREGO MIAŁAM NIE TRAFIĆ”

  1. Awatar Grażyna Górak
    Grażyna Górak

    Bardzo ciekawe opisy przygód w podróży! Fajnie poznawać z Tobą świat!👍

    Polubione przez 1 osoba

    1. Awatar Kassandra Koziorowicz

      Dziękuje! Bardzo mi miło!😍

      Polubienie

Dodaj komentarz